Kanały:
Wpisy
Komentarze

Polactwo (1)

Zimą b.r. na międzynarodowej wystawie książki w Wilnie Polska była przedstawiona nadzwyczaj skromnie. Dwa stoiska – Instytutu Polskiego i Ars Polonii wyglądały blado w morzu litewskich przede wszystkim – ale też rosyjskich i białoruskich książek. Na obu stoiskach na czołowym miejscu było wystawione „Polactwo” Rafała A. Ziemkiewicza[1]. Jest to studium o wybitnie negatywnym stanie współczesnego społeczeństwa Polski, które, zdaniem autora, ukształtowało się w wyniku, przede wszystkim prawie półwiekowego funkcjonowania  w „obozie socjalistycznym” jak też historycznych uwarunkowań, nie przyjmowania do wiadomości faktów i życia w świecie mitów i stereotypów.  Główny akcent autor wydania kładzie  na tych, co są  na dole drabiny społecznej. Zresztą umorusana ziemią ręka z brudem pod paznokciami, ściskająca biało-czerwony sztandar na okładce wydania,  dowodzi o kogo tu przede wszystkim chodzi. Ale autor też pisze o współczesnych politykach, o inteligencji, szczególnie o tej – pół i ćwierć, zahacza również o klasyka literatury polskiej  Adama Mickiewicza, który, zdaniem autora, jako mitoman, opowiadacz bajek i „genialnie rymujący wariat, który napisanymi w sekciarskim omamie „Księgami narodu polskiego” na wiele pokoleń ogłupił polskie elity i pozbawił je umiejętności logicznego myślenia”. I że  „(…) cała nasza historia w pigułce – odgrażamy się buńczucznie, że nie oddamy ani guzika, i zaraz potem zostajemy w ogóle bez gaci.”

Autor odnotowuje niezwykłe zaszarganie symboli i haseł, do których się polactwo odwołuje prawie wyłącznie karykaturalnie – pokazowo, byle by wyrwać od społeczeństwa głosy „ potrzebne do wetknięcia zadka w sejmowy fotel”.

Autor dochodzi do wniosku, iż „nie dziwmy się, ale też i nie unikajmy stwierdzenia faktu, że po półwieczu buntowania przez komunistów chama, judzenia tego chama, schlebiania mu, głaskania go i hodowania na wszelkie sposoby, Polska jest krajem zalanym chamstwem w stopniu w krajach cywilizowanych nieznanym, a myśmy wszyscy schamieli w sposób wręcz niewiarygodny”.

Widocznie trzeba się zgodzić z autorem co do charakterystyk, mając jednak zastrzeżenie, że to nie ten, co ma ręce ubrudzone ziemią nadaje ton społecznemu życiu, ale ci, co są u władzy – politycznej, finansowej, medialnej. Ludzie się zmieniają wystarczająco szybko – byle ich ustawicznie prowadzić we właściwym kierunku, ku dobrej spawie,  ku dobrym uczynkom, które należy odpowiednio oceniać i promować. Ale w  Polsce rządzonej, zdaniem autora, przez polactwo – „półinteligentów, chamów, durniów i mętów”, dla których państwo jest „tylko dojną krową, którą każdy chce klepać po cyckach; i nikogo nie obchodzi, że krowa w końcu może paść” – jak widać misji  budowania odpowiedzialnego obywatelskiego społeczeństwa, nie ma się komu podjąć.

Na pewno  wielu cech charakterystycznych dla polactwa, nabytych w okresie pobytu w „obozie socjalistycznym”, można doszukać się i w innych postkomunistycznych społeczeństwach. Tylko że taką skalą  schamienia (nie mylić z prostactwem) rzeczywiście nie może się „poszczycić” żaden inny sąsiedni naród – ani Czesi, ani Słowacy, ani Niemcy, ani też Litwini. Prowokowanie niechęci i negatywnych reakcji wobec siebie, aby się następnie oburzać, zbierać podpisy czy organizować akcje protestu, stosując diametralnie różne oceny zachowań wobec siebie i innych społeczeństw – to specyfika wybitnie polactwa z Polski.  Na ten stan rzeczy widocznie miało wyjątkowo negatywny wpływ wyhamowanie i faktyczne zrezygnowanie z lustracji, wagę której dla przemian i budowania zdrowych obywatelskich społeczeństw szczególnie docenili Niemcy, Węgrzy i Czesi. I dlatego dziś niezwykle trudno jest odróżnić, kiedy mamy do czynienia z okazem zdemoralizowanego władzą polactwa, a kiedy po prostu z nie zlustrowanym prowokatorem i agentem polskiej filii sowieckiego KGB.

Budujące jest jednak to, co  rzuca się w oczy również patrząc z Wilna – będące „na górze” polskie polactwo coraz trudniej znajduje sobie miejsce w nowej rzeczywistości. A ponieważ  na zmianę myślenia i działania go nie stać, próbuje więc budować tani i fałszywy autorytet strojąc się w szaty „polskich patriotów”, „obrońców Polaków na byłych kresach” itp., faktycznie myśląc  jedynie o swoim zadku na kolejną kadencję.  I o niczym więcej. O arogancji i chamstwie Jarosława Kalinowskiego z PSL, który wraz z senator Marią Pańczyk-Poździej oraz ambasadorem urządzał w maju w Wilnie prowokacyjne pochody – pisaliśmy w publikacji „Zwycięstwo prowokacji”. A że tak pozwala sobie polactwo z Polski  poza Polską jedynie w Wilnie – winni są również politycy rządzący Litwą , słabo jak widać, znający mentalność polactwa, z którym trzeba najwyraźniej postępować zgodnie ze starym polskim przysłowiem: „Pogłaszcz chama, to cię kopnie, kopnij chama, to cię pogłaszcze”. Bowiem polactwo jest tchórzliwe i na obrzydliwości, jak wiadomo, może pozwolić tylko wobec słabszych albo wobec tych, którym takt i wychowanie nie pozwala powiedzieć o nim  tego, na co tak naprawdę zasługuje. Nie pojedzie przecież J. Kalinowski z Marią Pańczyk-Poździej np. na Ukrainę do Lwowa czy na Białoruś do Grodna, aby z tamtymi ambasadorami urządzać prowokacyjne demonstracje. Wie bowiem, że będzie stamtąd wyrzucony na zbity pysk i wyląduje w swojej chlewni, w miejscu najbardziej dla niego właściwym, kończąc tym samym raz na zawsze swoje  prostackie politykierstwo.

  Ostatnio oszczerczy ton wobec Litwy coraz częściej rozlega się również z Europarlamentu, gdzie zdemoralizowane i rozwydrzone ogromnymi zarobkami, bezczynnością i brakiem poczucia odpowiedzialności za całość Unii Europejskiej polactwo,  najwyraźniej nie znajduje sobie zajęcia albo też ciążą na niej agenturalne nie zlustrowane uzależnienia z minionej epoki. Zresztą ostatnie pogróżki J. Wojciechowskiego, byłego PSL-owca, a obecnie PiS-owca, iż będzie atakował Litwę przy każdej nadarzającej się okazji świadczą, że mamy do czynienia z kolejnym doświadczonym prowokatorem, umiejętnie pobudzającym uczucie nienawiści między ludźmi, co  świadczy o jego niskiej typowo polackiej kulturze i nieznajomości historii.

Przed kilku dniami internauci mogli odnotować w Internecie ocenę, jaką polackim elitom i ich współczesnemu dorobkowi wystawiła na swym zjeździe Partia Kobiet: „(…) Trzy lata temu wspólnie napisałyśmy, że Polska jest kobietą. Po trzech latach mam inne zdanie. Polska nie jest kobietą, Polska tak naprawdę to zapijaczony, nieudolny facet z depresją” – zaznaczyła na zjeździe przewodnicząca tego politycznego ugrupowania. Ich zdaniem „jeżeli w Polsce nie zmieni się mentalność, jeżeli tego nie zmienimy, to będziemy cały czas gdzieś pod progiem procentowym i poza nawiasem normalności”.

Czy nie jest to czasem pole dla działania dla Kalinowskich, Poździejowych, Wojciechowskich i im podobnego polactwa  tam, gdzie zostali wybrani -  zamiast organizować prowokacje i występować z pogróżkami  wobec naszej Ojczyzny, Litwy?

Niedawno wypadło rozmawiać z będącą na urlopie w Wilnie wileńską Polką, która już od kilku lat mieszka i pracuje w niedużym miasteczku w Szkocji,  gdzie znacznym wysiłkiem założyła i z powodzeniem prowadzi własny skromny zakład usługowy i jest szanowana w lokalnym środowisku. Na pytanie zadawane po przyjeździe przed laty do Szkocji, kim jest i skąd pochodzi – odpowiadała, iż jest Polką z Litwy. Ale kiedy przed paru laty dotarły tam grupy Polaków z Polski, którzy zachowują się niezwykle arogancko i głośno w miejscach publicznych, ignorując gospodarzy terenu, Szkotów i ich obyczaje, prowokując niechętny stosunek do siebie, również poprzez ustawianie nieczytelnych dla miejscowej ludności polskich nadpisów i wywieszek – dziś każdemu  i wszem odpowiada, iż jest Litwinką, obywatelką Litwy, aby czasem nie była odbierana jako należąca do tej hałastry, która jest gnana za chlebem z kraju, gdzie rządzi polactwo. Z informacji wynika, iż podobnie zachowują się Polacy z Polski i w innych krajach. Na ich usprawiedliwienie warto uczciwie odnotować, iż jedynie najwyraźniej naśladują wzory zachowania się „elitarnego polactwa”- Kalinowskich, Poździejowych, Wojciechowskich -  polityków sprawujących władzę i reprezentujących Polskę.  A w ocenie  autora „Polactwa” – „półinteligentów, chamów, durniów i mętów”.

I te chore naśladownictwo zachowań „elitarnego polactwa” nabiera dziś coraz szerszego zakresu i będzie wymagało również od Litwinów i litewskich Polaków, znacznych wysiłków w obronie ich dobrego   imienia oraz Litwy i odpierania prowokacyjnych poczynań, skierowanych na rozmywanie i osłabianie państwowości i obywatelskich postaw, aby Litwa stała się tzw. „szarą strefą”, dogodnym terenem działania dla polactwa i przestępczych układów,  uniemożliwiających bezpieczne i godne życie dla obywateli, uczciwie spełniających swój obowiązek. 

Niedawno w „Kurierze Wileńskim” ( ideowy i kadrowy spadkobierca „Czerwonego Sztandaru”), który  szanujący siebie człowiek przegląda w Internecie tylko z musu i z największym obrzydzeniem, ukazała się informacja o tym, że w Wilnie rzekomo zaczął działalność niejaki „Społeczny Komitet Upamiętnienia Imienia Józefa Mackiewicza”. Przy tym „zaczął działalność” od napadów na episkopat Litwy, który jakoby nie wyraża zgody na ustawienie tablicy na gmachu, będącym jego własnością. Próbujemy więc wyjaśniać, o co tu tak naprawdę chodzi. Okazuje się, że przybyły z Polski osobnik poprzez „KW”-„CzSz” ogłosił siebie jednoosobowo „społecznym komitetem” i nie przestrzegając wymaganych procedur, związanych z upamiętnianiem wybitnych osób domaga się ustawienia tablicy o nieznanej treści, poświęconej Wilnianinowi Józefowi Mackiewiczowi. Uważa bowiem , że on już wszystko wie, jak powinni postępować Litwini, co mają robić a czego nie Polacy wileńscy, i że episkopat nie ma prawa na własne, inne niż jego zdanie, faktycznie najwyraźniej świadomie smrodząc i wyjątkowo szkodząc promocji imienia i dorobku Józefa Mackiewicza, którego wydawanie niezwykle ważnej dla współczesnych pokoleń twórczości jest, jak wiadomo,  wyhamowywane i dociera do litewskich i innych czytelników w Europie Środkowo – Wschodniej,  z najwyższym trudem.  Takie prowokacyjne działania przedstawiciela polactwa zbiegły się akurat z ukazaniem się na Litwie pierwszej wydanej w języku litewskim książki JM „Droga donikąd” i można się domyśleć, iż  poprzez prowokowanie  kolejnego konfliktu wokół tablicy chcą przekonać litewskie społeczeństwo o tym , iż Józef Mackiewicz – antykomunista i największy pisarz powojennej Europy,  jest rzekomo jednym z przedstawicieli polactwa, które tu  ma już ugruntowaną „według zasług” ocenę. A że o dobre imię antykomunisty Józefa Mackiewicza „dba się” właśnie poprzez zespół „Kuriera Wileńskiego” – „Czerwonego Sztandaru”, kurczowo trzymającego się swojej komunistycznej przeszłości i „dorobku”, będącego w swoim czasie organem partii i na pewno ośrodkiem zbierania informacji o ludności polskiej na Litwie i w innych sowieckich republikach na potrzeby KGB – tylko utwierdza w takim przekonaniu. Przy okazji oczywiście szarga się imię Litwy i litewskich Polaków, którzy, na skutek wielu prowokacji, są utożsamiani z polactwem z Polski.

Tym niemniej działalność polactwa z Polski  nie byłaby na Litwie możliwa, albo co najmniej była utrudniona, gdyby nie utworzono sobie na naszym terenie  odpowiednika i jego dokarmiania oraz wspierania, jak też okupowanie ludności polskiej przez miejscowe polactwo. Jego skrajny prymitywizm, zakłamanie do szpiku kości, oparcie się na mętach, postsowieckich układach i postkołchozowej nomenklaturze najwyraźniej wskazuje, iż mamy u siebie na Litwie do czynienia  ze spotęgowanym polactwem – w kwadracie, a może nawet do potęgi trzeciej. Tym bardziej, że obiektem jej oddziaływania jest przede wszystkim absolutnie bezbronna, niewykształcona, wiekowa, znajdująca się na samym dole drabiny społecznej, ludność.

Motorem działania litewskiego polactwa są wzory ze wczesno – sowieckiego okresu – czyli  „rewolucyjność”, stałe napięcie, nieustający konflikt i szkalowanie Litwy, poprzez które stara się ono ukryć całkowity brak kompetencji, niespotykany poziom korupcji, nadużycia i łamanie prawa. Trzymając w takim nierealnym świecie i karmiąc społeczeństwo litewskich Polaków swoistą „morfiną”, polactwo jednoznacznie uniemożliwia jego postęp i rozwój, a dbając, na wzór polactwa z Polski, jedynie o swoje dobro, prowadzi do jego zguby.

Analogiczne zachowanie się odnotował już w roku 1931 Stanisław Mackiewicz (Cat)  odwiedzając  Związek Sowiecki, już wtedy dochodząc do wniosku, iż

„nie można przecież przypuścić, że długo może istnieć społeczeństwo karmione wyłącznie morfiną. (…) Ta rewolucyjność wprowadzana w życie codziennie jest przecież psychologicznie tym samym co morfina. A to zabija, a nie usposabia do życia”[2].

O tym w następnym odcinku.                                  

                                                                   Ryszard Maciejkianiec

P.S. Jeżeli ktoś poczuje się urażony innym niż zazwyczaj tonem naszej publikacji – proszę pamiętać, iż polactwo rozumie tylko taki język.

[1] Rafał A. Ziemkiewicz. Polactwo. Wydanie trzecie poprawione. 2008.

2 Stanisław Mackiewicz (Cat). Myśl w obcęgach. Studium nad psychologią  społeczeństwa sowietów. Wydanie szóste. W-wa, 1998.


 

Jak co roku w przeddzień Dnia Wszystkich Świętych i Zaduszek trwa na wileńskich cmentarzach akcja  ”Znicz na nie odwiedzanym grobie” (Žvakelė ant nelankomo kapo), połączona z jesiennym sprzątaniem miejsc wiecznego spoczynku. Ponieważ stare wileńskie cmentarze znajdują się na pofałdowanym terenie i są gęsto porośnięte starodrzewem – wymaga to znacznego wysiłku pracowników cmentarzy i społeczeństwa. Zachęcamy więc Wilnian i gości Wilna do udziału w akcji.

Na zdjęciu: groby rodziców Józefa Mackiewicza i Stanisława Mackiewicza (Cata) na wileńskiej Rossie – Antoniego Mackiewicza i Marii z Pietraszkiewiczów Mackiewiczowej.Grób Antoniego Mackiewicza

 

 

 

 

 

 

 

 

Grób Marii z Pietraszkiewiczów Mackiewiczowej

 

 

 

 

 

Stanisław Mackiewicz (Cat)

                                             Miasto przepięknych cmentarzy

Od nazwy “miasta pięknych kościołów” bardziej jeszcze słuszna byłaby dla Wilna: nazwa “miasta .przepięknych cmentarzy”. W tym dziwnym mieście ogrodów najbardziej czarownymi są cmentarze.

Tu, w Anglii, stosunek .do śmierci jest zimny, powściągliwy, intymny. Nikt nie wynosi swego żalu na zewnątrz, odwozi się nieboszczyka czarnym samochodem prędko, bez zgiełku tłumu. Człowiek umierający jest jak sardynka, którą wpakują do metalowej puszki. W krajach katolickich jest inaczej. Umiera się, jak już powyżej napisałem, wśród podniosłego obrzędu. Po ulicach Wilna chodzą (czy też chodziły)pogrzeby żydowskie w towarzystwie “płaczek”, które zawodzą głośno i histerycznie. Ale i pogrzeby katolickie, aczkolwiek dostojne i majestatyczne, mają swój długi ceremoniał, pienia, muzykę, która oddziaływa na serce, potęguje w człowieku strach śmierci, pomnaża żal za umarłych, utrwala a cementuje mistyczny strach wobec życia zagrobowego. Największe przeżycie osobiste dziecka polskiego, katolickiego – to pierwszy rodzinny pogrzeb. Pamiętam pogrzeb swej babki, matki ojca, którą zresztą mało znałem i mało byłem do niej przywiązany. Miałem lat dziewięć, byłem wrażliwy i nerwowy. Pogrzeb dłużył się przez dwa dni, jednego dnia wieczorem eksportacja do kościoła, .na druga dzień pogrzeb, chór kościelny, straszne “Miserere” – wszystko to przysłoniło mi kirem śmierci i strachu kilka miesięcy dziecinnego życia. Była wtedy piękna wileńska wiosna, słońce odbijało się w kałużach, po których jechał żałobny karawan na cmentarz.

Miasto Wilno jest objęte uściskiem cmentarzy, które otaczają je kołem. Z Rossy widać Cmentarz Bernardyński, z Bernardyńskiego Antokolski, z Antokolskiego Luterański na Pohulance a za nim wielki, Wojenny na Zakręcie, a z tego Prawosławny na Lipówce, a z Lipówki znów widać Rossę. I dopiero wśród tego śmiertelnego koła, wśród tego koła dostojnych i rozszumianych drzew cmentarnych i nagrobków leży ścieśnione Wilno. Mickiewicz pisał, że Wilno leży wśród lasów, ale czasy jego minęły i teraz Wilno leży wśród swoich ogromnych i przepięknych cmentarzy.

Cmentarze polskie są w ogóle ładniejsze od zachodnioeuropejskich, bo mają drzewa. Ale cmentarz krakowski, warszawskie Powązki, to składnice w porównaniu do uroku wileńskich zielonych świątyń śmierci. Górzysty charakter Wilna podnosi niesłychanie urok tych cmentarzy. Rossa składa się z szeregu pagórków i parowów, jarów, pokrytych ogromnymi, smutno szumiącymi drzewami. Tysiące nagrobków daje czasami schronienie gorąco całującym się parom kochanków, ale to wiosną i latem, natomiast na Dzień Zaduszny wypada zwykle pierwszy śnieg, i wtedy te przeogromne parowy i pagórki są pokryte szczelną gęstwiną świeczek – każdy je -przynosi na groby swych bliskich, a dzieci szukają grobów zapomnianych, by na mich także świeczki postawić. Mimo woli powstaje misterium obecności odczuwania leżących w “tych zimnych, zaśnieżonych grobach i pomału robi się dzieciom straszno. Wieczorem łuna wielka od światła, od świeczek na Rossie i na innych cmentarzach, pali się nad całym Wilnem, miastem dławionym przez cmentarze.

Rossa jest dostojna i ogromna i ma dużo pomników bardzo udanych, ale Cmentarz Bernardyńsiki położony na zboczach góry, z wstęgą Wilejki pod nogami, jest jeszcze piękniejszy, tak piękny, że aż pąsowy. To jest zresztą starszy jeszcze cmentarz, więcej tu klasycyzmu, więcej herbów na .płytach cmentarnych. Na cmentarzu Antokolskim najładniej śpiewają słowiki, które śpiewają zresztą na wszystkich cmentarzach wileńskich, nawet na Luterańskim, który jest najbrzydszy, bo płaski, lecz także zadrzewiony i za to najschludniejszy, ulubione miejsce randek ludzi zakochanych. Cmentarz Wojenny to ślad stopy olbrzyma, który się nazywał “wielka wojna europejska 1914 roku”. Ten cmentarz ma znów zupełnie inny charakter. Widok z niego obszerny na duży zakręt Wilii, na góry i lasy pozawileńskie. W dokładnym, sprawnym ordynku stoją setki, tysiące krzyży jednakowych, równych, zestandaryzowanych. Całe umarłe wojsko niemieckie z małymi oddziałami austriackimi, jeńców rosyjskich, kilkunastu żołnierzy tureckich i pewna ilość później poległych żołnierzy polskich. [...]

Słowiki w Słomiance…

Słowiki w Wilnie śpiewają nie tylko na cmentarzach. W Polsce najładniejsza pora roku to jesień, w Wilnie, gdzie góry i lasy, rzeki, doliny i amfiteatry lesistych pagórków wchodzą do środka miasta, jesień jest cudowna, gdy Góra Zamkowa zaczyna sypać jaskrawo żółtymi liśćmi. Ileż jesieni pamiętam w Wilnie, jeszcze od czasów, gdy w rosyjskiej bluzie gimnazjalnej biegłem na tę Górę Zamkową, alby zobaczyć, jak sołdat na dwunastą w południe strzela z armaty. Był taki zwyczaj w Wilnie, podobnie jak w Wenecji, skasowany z chwilą wybuchu wojny w 1914 r. i potem nie wskrzeszony.

Jesień w tamtych czasach pachniała mi nie tylko mgłą i stygnącą ziemią, ale także zapachem księgarń, tłoku przy kupnie podręczników, zapachem zeszytów, ołówków, skórzanym zapachem tornistra, do którego to wszystko się wkładało, nudnymi, bardzo nudnymi lekcjami po rosyjsku.

W zaułku Literackim był sklep Ickowicza, u którego starsi koledzy sprzedawali kupione przed rokiem podręczniki, gdy na gwałt potrzebowali pieniędzy. Ja sam sprzedałem (kiedyś jakąś arytmetykę, .by kupić róże i rzucić je na scenie Juliuszowi Osterwie, który w Wilnie zaczynał swą karierę sceniczną. Ten Ickowicz bogacił się na uczniach gimnazjalnych, ale potem zestarzał, zdziadział i dawał się oszukać swoim dwóm subiektom, którzy tyle nakradli książek, że założyli własny sklep. Ickowicz przeżył przynajmniej jednego z nich. W chwili wybuchu ostatniej, klęskowej wojny widziałem go tak samo wyglądającego jak wtedy, gdy byłem w pierwszej klasie. A zdaje się, że i moi wujowie “spuszczali” u niego książki. Ileż ten człowiek musiał mieć lat!

Ze Słomianką poznałem się także za dla szkolnych. Jeździłem do Werek łódką albo parostatkiem z rodziną lub ze znajomymi. Werki pochodzą od wyrazu litewskiego, który oznacza “płacz”, znaleziono tam dziecko płaczące, przywiązane do drzewa; był to synek arcykapłana Lizdejki i westalki znicza. Od dziecka tego ma pochodzić ród Radziwiłłów, najznakomitszej rodziny całej Europy. W Werkach na górze jest pałac, widok na zakręt Wilii, pola rozległe i dalekie lasy, a u stóp tej góry karczma drewniana, z drewnianymi empirowymi filarkami. Sale duże w drewnianej karczmie, piece przysadziste, grube, o niezliczonych kaflach; karczma ta pamięta Napoleona, i te empirowe kolumienki są autentyczne, to znaczy, że budowane były wtedy, gdy empire był ostatnią nowością. Karczma kiedyś była skryta słomą, stąd Słomianka. W dzień, a zwłaszcza w czasach koło Zielonych Świątek, służyła publiczności, która przyjeżdżała tu parostatkiem i spożywała kurczęta, .sałatę i piwo. W nocy… Mój poprzednik na stolcu .szefa ziemiańskiej gazety wileńskiej, redaktor “Kuriera Litewskiego”, późniejszy kolega ze “Słowa”, wielki, znakomity i niedoceniony w Polsce pisarz i felietonista, Czesław Jankowski, przyjechał tu kiedyś na całą noc z dwiema paniami z teatru. Ponieważ wydawcą “Kuriera Litewskiego” był wówczas ks. biskup Edward baron von der Ropp, który był jednocześnie posłem do Dumy Państwowej w Petersburgu, więc kareta ks. biskupa służyła podczas jego nieobecności redaktorowi ziemiańsko-katolicko-antyendeckiego pisma. Otóż kareta jego ekscelencji z herbami biskupimi na drzwiczkach i z drzemiącym zgorszonym furmanem na koźle stała całą rac przed karczmą Słomianką, za której szybkami błyskały stearynowe świece i dyskretnie dzwoniły kieliszki szampana. Ludzie idący rano o brzasku piaszczystą drogą z Zielonych Jezior do kościoła w Trynopolu widzieli jeszcze i zmęczone konie, i karetę, i herby. Biskup Ropp cały ten incydent tak wziął do serca, że stało się to przyczyną rozstania się jego z przemiłym Jankowskim i rozstania się Jankowskiego z “Kurierem Litewskim”.

Za mego redaktorstwa nie było już ani karet z herbami, ani hojnych i koleżeńskich biskupów, ani szampana w Słomiance. A i panie z teatru nie patrzyły na mnie, brzydala, tak miłym okiem, jak na uroczego Czesława Jankowskiego. A jednak jeździłem do Słomianki często, i to właśnie późnym wieczorem lub nocą. Znajdowałem szerokie w tym miejscu wody Wilii, pomału i jakby ukradkiem płynące, i winograd, który pokrywał ściany karczmy, prawie biały od księżycowego światła. Budziłam zaspaną gospodynię, która zapalała świecę, aby oświecić wewnętrzne skrzypiące schody, wpuszczała mnie na pierwsze piętro, skąd tajemniczymi korytarzami tej starej, drewnianej karczmy szło się na balkon z owymi empirowymi drewnianymi kolumienkami. Księżyc kładł swe światło także i tutaj, otulał cały balkon, łasił się do okien, ale przede wszystkim śpiewały słowiki. Widać koło Słomianki mieszkały jakieś słowiki specjalnie uzdolnione, znakomite, które by odpowiadały Paderewskiemu czy Kiepurze w muzycznej hierarchii ludzkiej. Gdy jeden milknął, odzywał się inny. Gdybym był kierownikiem radia, .nadawałbym tę muzykę słowików z księżycowej Słomianki na świat cały. Widać koło Wilna zawsze pięknie śpiewały słowiki, skoro król Jagiełło, gdy miał już lat osiemdziesiąt, słuchał ich całymi nocami i umarł nawet nocą, słuchając śpiewu słowika. Swoje minuty w Słomiance z księżycem i słowikami zaliczam do najprzyjemniejszych w całym grzesznym życiu.

Czesław Jankowski umarł nie w czas słowików, lecz jesienią. Wydaliśmy wtedy dodatek nadzwyczajny z jego wierszami:

Te białe ku mnie przybliż chryzantemy

I ów medalion ze ściany mi daj.

I cicho teraz rozmawiać będziemy.

Był niegdyś maj.(…)

“Lwów i Wilno” 1 sierpnia 1948 r.

Prawie Kaziuk

Od kilku tygodni w niedzielę centralna aleja Gedymina w Wilnie jest  przekazywana do dyspozycji rolników i rzemieślników z całej Litwy.  Jest to swoisty Kaziuk jesienny, tylko bardziej skromny, niegłośny, wtopiony w tło wileńskiej jesieni, cieszący się coraz bardziej liczną frekwencją Wilnian i gości Wilna. W załączeniu – kilka zdjęć z niedzielnego targu na al. Gedymina.gdy Góra Zamkowa zaczyna sypać  jaskrawożółtymi liśćmi

 

 

 

 

 

 

 

 

Widok ogólny

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jesienne płody

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Litewskie sery

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Miód i wosk

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pierogi i sękacze

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Strusie jaja i mięśo

 

 

 

 

 

 

 

 

Coś ciepłegona zimę

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wyroby z drewna

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wyroby z drewna 1

Starsze wpisy »

Rodoma versija 32 iš 42 
3:02:46 Nov 25, 2009   
Nov 2008 Nov 2010
Sąrašas   Archyvas   Pagalba